No i zaczęło się.
Pierwszy klanowy quest: Zdobycie duali(podwójnych mieczy)klasy A dla mości Makaka. Po krótkiej naradzie dotyczącej sposobów i środków, padła decyzja: Kupić! - ponieważ do stworzenia duali powyżej klasy B potrzebny jest materiał, który zdobyć może wyłącznie władca jednego z kilku tylko na całym serverze Zamków. A że na oblężenie Zamku mamy póki co... err... niedobór żołnierzy, decyzja ta wydała nam się najsłuszniejsza.
Szybkie przeliczenie cen na rynku i zrozumiałem, że duale klasy A będą kosztowały pomiędzy 300 a 500 milionów adeny. Do zrobienia w kilka dni na Infinity bez tracenia życia w tym drugim świecie(niektórzy zwą go "rzeczywistością". Też nie wiem, dlaczego. Ale nie wiem też, dlaczego wywar gotowany na ścierwie drobiu nazywa się "rosół". W razie posiadania przez czytelnika wiedzy na ten temat, proszę o kontakt, najlepiej telepatyczny.). Bez zbędnego gadania poinformowałem mości Makaka, że sprzęt uda się zdobyć w parę dni.
Szczęśliwym trafem jednak, rynek Aden okazał się bardzo przyjazny i już następnego dnia znalazłem na nim handlarza nadzwyczaj chętnego do negocjacji. Za skromne ~100 milionów adeny nabyłem duale klasy A, mimo że nie z najwyższej półki, całkiem sprawne i nie wyszczerbione.
Tak oto w niecałe dwa dni udało się wykonać pierwszego klanowego questa... Mamy powód do dumy, zwłaszcza po ostatnim, dodatkowym łupie zdobytym w Tower of Insolence: dwa zwoje enchantu broni B, warte niemal 50 milionów każdy. Spoil piękna rzecz.
Oby tak dalej.
Do następnego!
Zielony
poniedziałek, 29 marca 2010
piątek, 26 marca 2010
Katy i Klan
Wpadłem wczoraj na piękny pomysł: Zrobię klan!
Nic to, że pomysł ten wpadł mi do głowy w środku bicia w katakumbach... Mości Makak po utwierdzeniu się w przekonaniu, że będzie to potężny jak cholera dwuosobowy klan, dołączył do niego. I tak oto dowiedziałem się, na przykład, że tytułu nadawać nie można, jeśli klan ma niższy poziom niż trzeci. Nie było to problemem - szybka wyprawa na Blood Queens i po powrocie z dumą ogłoszone zostało zdobycie trzeciego poziomu klanu! Mości Makak był szczególnie zadowolony ze swojego przydomka "Prince", który, jak sądzę, oddawał w pełni duszę postaci...
Jednak z braku inwencji twórczej, herb klanu(crest) dopiero dzisiaj wygrawerowany świeci na zbrojach licznych(2) klanowiczów. Mości Zobi jak na razie jest w innym klanie, a sądząc po liczebności tudzież możliwościach najbliższej przyszłości obu klanów, to nie wybierze tego naszego...
Przy okazji, podczas pierwszej klanowej wyprawy do katakumb(jak to dumnie i uroczyście brzmi...) Makak uznał zgodnie z prawdą, że rzadko się zdarza, żeby cały klan razem bił w jednym miejscu, co zdarzyło się nam właśnie podczas wczorajszych kat. Nowy rozdział w podróży!
Byłbym zapomniał: Klan nazwałem "Oni", na cześć znakomitego artykułu na jedynej prawdziwej i rzetelnej encyklopedii Internetowej, którego treść znaleźć można pod tymże hasłem.
Do następnego!
Zielony
Nic to, że pomysł ten wpadł mi do głowy w środku bicia w katakumbach... Mości Makak po utwierdzeniu się w przekonaniu, że będzie to potężny jak cholera dwuosobowy klan, dołączył do niego. I tak oto dowiedziałem się, na przykład, że tytułu nadawać nie można, jeśli klan ma niższy poziom niż trzeci. Nie było to problemem - szybka wyprawa na Blood Queens i po powrocie z dumą ogłoszone zostało zdobycie trzeciego poziomu klanu! Mości Makak był szczególnie zadowolony ze swojego przydomka "Prince", który, jak sądzę, oddawał w pełni duszę postaci...
Jednak z braku inwencji twórczej, herb klanu(crest) dopiero dzisiaj wygrawerowany świeci na zbrojach licznych(2) klanowiczów. Mości Zobi jak na razie jest w innym klanie, a sądząc po liczebności tudzież możliwościach najbliższej przyszłości obu klanów, to nie wybierze tego naszego...
Przy okazji, podczas pierwszej klanowej wyprawy do katakumb(jak to dumnie i uroczyście brzmi...) Makak uznał zgodnie z prawdą, że rzadko się zdarza, żeby cały klan razem bił w jednym miejscu, co zdarzyło się nam właśnie podczas wczorajszych kat. Nowy rozdział w podróży!
Byłbym zapomniał: Klan nazwałem "Oni", na cześć znakomitego artykułu na jedynej prawdziwej i rzetelnej encyklopedii Internetowej, którego treść znaleźć można pod tymże hasłem.
Do następnego!
Zielony
piątek, 19 marca 2010
Katakumby i Jednoskrzydła
Było nas trzech...
Jak to często bywało wcześniej - wytrwali w boju xD.
Z braku chęci do szukania klanu poszliśmy do Wiedźmy na herbatkę. Znaczy, do katakumb.
Oczywiście szybko padliśmy, co utwierdziło nas w przekonaniu, że Wiedźma wymaga wyższego lvlu/więcej ludzi.
Pozostały Apostaty - słabsze, ale równie interesujące miejsce. Po minięciu kilku początkowych komnat, pozostawiając za sobą krwawy(o ile one krwawią...) ślad, doszliśmy do sali zajętej przez inną trójkę, przypominającą z pozoru boty. Tzn, jeden bije, reszta się przygląda i żaden nie odpowiada na wiadomości. Decyzja podjęta została szybko: Lejemy ich!
Jak to początkujący PvP-iarze, strategię mieliśmy prostą: Lać jednego we trójkę. Oczywiście na dobry pomysł lania jednak najpierw healera(tego, co to leczy) wpadliśmy dopiero po śmierci i szybkim wskrzeszeniu jednego z nas.
No nic, zdarza się... bijemy tego healera z mizernym skutkiem, bo z tyłu nas kamael z kuszy eliminuje dużo skuteczniej. Wytrzymaliśmy jednak na tyle długo, żeby podjąć próby wskrzeszania się nawzajem na bieżąco. Kamaelka jednak nie była botem, bo szybko przerywała te nasze próby. Tak oto ponieśliśmy straty w ludziach w ilości trzech, przy czym mnie, jako pierwszemu celowi(w puszkę sardynek ponoć łatwiej trafić...) owej kamaelki udało się zginąć dwa razy.
Że to nie były boty, dowiedzieliśmy się dosyć szybko, bo już po pierwszych sekundach walki...
I oczywiście, jak to po każdej walce, nieważne czy wygranej, czy przegranej, nadeszła chwila jej podsumowania. Na tym polu mości Makak wyręczył mnie i Zobiego zdaniem jakże podkreślającym przebieg walki i wyjaśniającym wszelkie wątpliwości co do przyczyny ostatecznego jej wyniku:
"Je*any healer..."
Jako dzielni i odważni wojwnicy postanowiliśmy jednak nie kończyć w ten sposób tak pięknej przygody i ruszyliśmy znów z miasta na podbój katakumb. Tym razem poszlismy w drugą odnogę labiryntu, postanowilismy bowiem dzielnie nie przeszkadzać szlechetnej kamaelowej drużynie...
Do następnego!
Zielony
Jak to często bywało wcześniej - wytrwali w boju xD.
Z braku chęci do szukania klanu poszliśmy do Wiedźmy na herbatkę. Znaczy, do katakumb.
Oczywiście szybko padliśmy, co utwierdziło nas w przekonaniu, że Wiedźma wymaga wyższego lvlu/więcej ludzi.
Pozostały Apostaty - słabsze, ale równie interesujące miejsce. Po minięciu kilku początkowych komnat, pozostawiając za sobą krwawy(o ile one krwawią...) ślad, doszliśmy do sali zajętej przez inną trójkę, przypominającą z pozoru boty. Tzn, jeden bije, reszta się przygląda i żaden nie odpowiada na wiadomości. Decyzja podjęta została szybko: Lejemy ich!
Jak to początkujący PvP-iarze, strategię mieliśmy prostą: Lać jednego we trójkę. Oczywiście na dobry pomysł lania jednak najpierw healera(tego, co to leczy) wpadliśmy dopiero po śmierci i szybkim wskrzeszeniu jednego z nas.
No nic, zdarza się... bijemy tego healera z mizernym skutkiem, bo z tyłu nas kamael z kuszy eliminuje dużo skuteczniej. Wytrzymaliśmy jednak na tyle długo, żeby podjąć próby wskrzeszania się nawzajem na bieżąco. Kamaelka jednak nie była botem, bo szybko przerywała te nasze próby. Tak oto ponieśliśmy straty w ludziach w ilości trzech, przy czym mnie, jako pierwszemu celowi(w puszkę sardynek ponoć łatwiej trafić...) owej kamaelki udało się zginąć dwa razy.
Że to nie były boty, dowiedzieliśmy się dosyć szybko, bo już po pierwszych sekundach walki...
I oczywiście, jak to po każdej walce, nieważne czy wygranej, czy przegranej, nadeszła chwila jej podsumowania. Na tym polu mości Makak wyręczył mnie i Zobiego zdaniem jakże podkreślającym przebieg walki i wyjaśniającym wszelkie wątpliwości co do przyczyny ostatecznego jej wyniku:
"Je*any healer..."
Jako dzielni i odważni wojwnicy postanowiliśmy jednak nie kończyć w ten sposób tak pięknej przygody i ruszyliśmy znów z miasta na podbój katakumb. Tym razem poszlismy w drugą odnogę labiryntu, postanowilismy bowiem dzielnie nie przeszkadzać szlechetnej kamaelowej drużynie...
Do następnego!
Zielony
Eksperymenty
Po zalogowaniu się zadziałały Prawa Murphy'ego i oczywiście po minucie gry, kiedy to piksele jeszcze szukają swoich miejsc na ekranie, nuty tła muzycznego zakłóca słynne, wielokrotne "łi". Znaczy, ktoś na gg napisał.
Sądząc po ilości owych "łi", uznałem, że to na pewno zobi. Rzeczywiście! Pytał, czy bym nie zagrał.
Pomijając szczegóły...
Party, itp.
Gramy. Pyta, gdzie idziemy. To piszę: kasa czy exp? Kasa. To na mahumy(takie futrzaste kasonabijki). Po paru chwilach zmagań wpadłem na pomysł, żeby iść na spoila(czyt. szperanie w zwłokach/ścierwach zabitych mobów w poszukiwaniu materiałów) do Giant's Cave(Jaskinia Gigantów... oczywiście, że po ęgilsku lepiej brzmi ;).
Takoż(musiałem, sorry ;) wyruszyliśmy.
Nie minęło jednak dwadzieścia minut bezczeszczenia martwego mięcha, kiedy otrzymuję petycję od mości zobiego: "29k expa, a lejemy długo jednego... mało!". Nie dało nic tłumaczenie, że tym razem jesteśmy tu nie po level, tylko po ciekawe maty ze spoila. Po kilkukrotnym przypomnieniu, żeby nie chrzanił, tylko moby ściągał, dał jednak za wygraną i uciekł na swój spot, żeby dobić lvl.
Nie ma to jak gra tylko dla lvlu, nie? xD
Potem dołączył niejaki Makak ze swoimi tańcami. Nadszedł temat klanu, do którego mieliśmy wejść, a który to ja proponowałem jako dobry, polski klan, który chętnie przyjmie oprócz mnie paru kolegów.
Coby dużo nie pisać po próżnicy, napiszę tylko, że panowie z mienionego klanu uznali, że tego dnia będą niemili i odmówią przyjęcia. A co, raz się żyje, nie? :D Co z tego, że parę dni wcześniej byli bardzo otwarci na nowe twarze(err.. chary?). Oczywiście, nie będę wymieniał nazwy klanu, bo jakiekolwiek trzymanie się zemsty czy innych prób udowodnienia wszystkim swojej idealności jest mi nie tyle obce, ile po prostu porównywalne z piciem trucizny w nadziei, że zrani ona kogoś innego.
Tak czy inaczej, stoimy w Rune, a klanu nie ma. Jako że i tak zwykle gramy ze sobą, nie wywarło to na nas specjalnego wrażenia i poszliśmy coś ubić. A że ze średnim tym razem rezultatem(eksperymenty...), to już inna sprawa.
Do następnego!
Zielony
Sądząc po ilości owych "łi", uznałem, że to na pewno zobi. Rzeczywiście! Pytał, czy bym nie zagrał.
Pomijając szczegóły...
Party, itp.
Gramy. Pyta, gdzie idziemy. To piszę: kasa czy exp? Kasa. To na mahumy(takie futrzaste kasonabijki). Po paru chwilach zmagań wpadłem na pomysł, żeby iść na spoila(czyt. szperanie w zwłokach/ścierwach zabitych mobów w poszukiwaniu materiałów) do Giant's Cave(Jaskinia Gigantów... oczywiście, że po ęgilsku lepiej brzmi ;).
Takoż(musiałem, sorry ;) wyruszyliśmy.
Nie minęło jednak dwadzieścia minut bezczeszczenia martwego mięcha, kiedy otrzymuję petycję od mości zobiego: "29k expa, a lejemy długo jednego... mało!". Nie dało nic tłumaczenie, że tym razem jesteśmy tu nie po level, tylko po ciekawe maty ze spoila. Po kilkukrotnym przypomnieniu, żeby nie chrzanił, tylko moby ściągał, dał jednak za wygraną i uciekł na swój spot, żeby dobić lvl.
Nie ma to jak gra tylko dla lvlu, nie? xD
Potem dołączył niejaki Makak ze swoimi tańcami. Nadszedł temat klanu, do którego mieliśmy wejść, a który to ja proponowałem jako dobry, polski klan, który chętnie przyjmie oprócz mnie paru kolegów.
Coby dużo nie pisać po próżnicy, napiszę tylko, że panowie z mienionego klanu uznali, że tego dnia będą niemili i odmówią przyjęcia. A co, raz się żyje, nie? :D Co z tego, że parę dni wcześniej byli bardzo otwarci na nowe twarze(err.. chary?). Oczywiście, nie będę wymieniał nazwy klanu, bo jakiekolwiek trzymanie się zemsty czy innych prób udowodnienia wszystkim swojej idealności jest mi nie tyle obce, ile po prostu porównywalne z piciem trucizny w nadziei, że zrani ona kogoś innego.
Tak czy inaczej, stoimy w Rune, a klanu nie ma. Jako że i tak zwykle gramy ze sobą, nie wywarło to na nas specjalnego wrażenia i poszliśmy coś ubić. A że ze średnim tym razem rezultatem(eksperymenty...), to już inna sprawa.
Do następnego!
Zielony
środa, 17 marca 2010
x200? wtf?
Zdecydowanie dziwnie się bije na serverze x200 tuż po farmieniu na x5... czuć jakąś subtelną różnicę... może dlatego, że po godzinie poziom jest znacznie bliżej 85 niż 1?
W każdym razie, jak to na takich high-rate'ach - w sklepie ustawionym specjalnie na środku większości miast można kupić prawie wszystko. Może to dlatego nigdy nie zagrzałem na żadnym high serverze miejsca dłużej niż trzy tygodnie?
Pod wieczór przyszedł czas na stary, dobry Infinity(x5). Zobi jak zwykle okazał się nad wyraz pomysłowy: po zauważeniu bijącego niedaleko BD od razu tekst: "Lejemy go? We dwóch damy radę!". Przystałem na ten jakże twórczy pomysł, całkowicie świadom szaleńczości tego kroku, jako że dany BD był już w klanie, co nie zapowiadało szybkiego końca przygody...
Nie omyliłem się - po zaledwie trzech ukatrupieniach wytrzymałego gracza, na horyzoncie pojawiły się szlachetne kontury(tekstury?) kilku ważnych jak choroba osobistości z tegoż równie poważnego klanu. Znaczy, przyszła obstawa.
Mógłbym napisać, że walczyliśmy dzielnie do ostatniej kropli krwi i że wiele potu przelało się podczas tej długiej i wyczerpującej bitwy...
...ale bym skłamał. Padliśmy po trzech rzuconych przez powyżej wymienione osobistości czarach. Oczywiście radośnie i przyjaźnie nastawione persony szybko nas wskrzesiły, coby się na jednym ubiciu nie zakończyło. Po zmaltretowaniu nas ze cztery razy, dali do zrozumienia, że jak nie będziemy pomniejszej osobistości BD zabijać, dadzą nam spokój.
Oczywiście, że wpadliśmy na genialny pomysł ubicia tejże pomniejszej osobistości później, jak już osobistościom szlachetniejszym znudzi się pilnowanie młodziana. Nic jednak z tego nie wyszło - młody BD najwyraźniej nie znalazł w sobie odwagi pozostania w naszym sąsiedztwie samotnie, toteż po kilku chwilach napawania się swoją odwagą tudzież plecami większymi od klaty :D, poszedł razem z wymienionymi plerami gdzieś poza horyzont.
A nam pozostało jedynie bicie mobów, co raczej oznaczało koniec ciekawszej części przygody...
Na ten raz tyle i do zobaczenia następnym razem, już pewnie w klanie Nomaden!
Zielony ;)
W każdym razie, jak to na takich high-rate'ach - w sklepie ustawionym specjalnie na środku większości miast można kupić prawie wszystko. Może to dlatego nigdy nie zagrzałem na żadnym high serverze miejsca dłużej niż trzy tygodnie?
Pod wieczór przyszedł czas na stary, dobry Infinity(x5). Zobi jak zwykle okazał się nad wyraz pomysłowy: po zauważeniu bijącego niedaleko BD od razu tekst: "Lejemy go? We dwóch damy radę!". Przystałem na ten jakże twórczy pomysł, całkowicie świadom szaleńczości tego kroku, jako że dany BD był już w klanie, co nie zapowiadało szybkiego końca przygody...
Nie omyliłem się - po zaledwie trzech ukatrupieniach wytrzymałego gracza, na horyzoncie pojawiły się szlachetne kontury(tekstury?) kilku ważnych jak choroba osobistości z tegoż równie poważnego klanu. Znaczy, przyszła obstawa.
Mógłbym napisać, że walczyliśmy dzielnie do ostatniej kropli krwi i że wiele potu przelało się podczas tej długiej i wyczerpującej bitwy...
...ale bym skłamał. Padliśmy po trzech rzuconych przez powyżej wymienione osobistości czarach. Oczywiście radośnie i przyjaźnie nastawione persony szybko nas wskrzesiły, coby się na jednym ubiciu nie zakończyło. Po zmaltretowaniu nas ze cztery razy, dali do zrozumienia, że jak nie będziemy pomniejszej osobistości BD zabijać, dadzą nam spokój.
Oczywiście, że wpadliśmy na genialny pomysł ubicia tejże pomniejszej osobistości później, jak już osobistościom szlachetniejszym znudzi się pilnowanie młodziana. Nic jednak z tego nie wyszło - młody BD najwyraźniej nie znalazł w sobie odwagi pozostania w naszym sąsiedztwie samotnie, toteż po kilku chwilach napawania się swoją odwagą tudzież plecami większymi od klaty :D, poszedł razem z wymienionymi plerami gdzieś poza horyzont.
A nam pozostało jedynie bicie mobów, co raczej oznaczało koniec ciekawszej części przygody...
Na ten raz tyle i do zobaczenia następnym razem, już pewnie w klanie Nomaden!
Zielony ;)
wtorek, 16 marca 2010
Początki
No, od czegoś trzeba zacząć...
Krótko: To historia z gry L2 na serwerze Dragon-Network. Nie spodziewaj się niczego poważnego.
Zaczynajmy...
Krasnal o imieniu(nicku?) tojamatole. Ten nick nie był nadany z jakichś szczególnych powodów - napisałem to, co jako pierwsze przyszło mi do głowy: "Co odpowiem, gdy ktoś zapyta kim jestem?". I tak już zostało. Dziwnym trafem, najdłużej grałem tymi postaciami, które miały właśnie takie "znikąd" nicki. Drugi przykład to "type" - postać, którą grałem jak dotąd na Infinity(jeden z serv. Dragona) najdłużej. A nick? Ot tak - nie wiedziałem, co wpisać, to wpisałem angielski odpowiednik słowa "wpisz" xD.
Dobra, starczy tego. Dzisiaj piszę o wczorajszym dniu. Pobiliśmy trochę z Makakiem(BD) na mahumach. W sumie najciekawszym epizodem było nasze rozmyślanie na temat tych, co to obok nas bili: Czy to boty, czy jednak prawdziwi gracze? Na nieszczęście odpowiedzieli na moją wiadomość, więc nic nie wyszło z PK(albo, inaczej: BK, czyli botkill... dobra nazwa?).
Wyleciały mi ze łba te najśmieszniejsze fragmenty gadaniny podczas bicia, ale to się nadrobi jutro. Albo dzisiaj wieczorem, jak będę miał ochotę ;). Wystarczy tylko wspomnieć, że po skończeniu farmienia i zejściu z gry nie minęło pięć minut, a mości Zobi pisze na gg, czy "gramy coś?". Nie ma to jak wyczucie czasu :D
Do następnego!
Zielony
Krótko: To historia z gry L2 na serwerze Dragon-Network. Nie spodziewaj się niczego poważnego.
Zaczynajmy...
Krasnal o imieniu(nicku?) tojamatole. Ten nick nie był nadany z jakichś szczególnych powodów - napisałem to, co jako pierwsze przyszło mi do głowy: "Co odpowiem, gdy ktoś zapyta kim jestem?". I tak już zostało. Dziwnym trafem, najdłużej grałem tymi postaciami, które miały właśnie takie "znikąd" nicki. Drugi przykład to "type" - postać, którą grałem jak dotąd na Infinity(jeden z serv. Dragona) najdłużej. A nick? Ot tak - nie wiedziałem, co wpisać, to wpisałem angielski odpowiednik słowa "wpisz" xD.
Dobra, starczy tego. Dzisiaj piszę o wczorajszym dniu. Pobiliśmy trochę z Makakiem(BD) na mahumach. W sumie najciekawszym epizodem było nasze rozmyślanie na temat tych, co to obok nas bili: Czy to boty, czy jednak prawdziwi gracze? Na nieszczęście odpowiedzieli na moją wiadomość, więc nic nie wyszło z PK(albo, inaczej: BK, czyli botkill... dobra nazwa?).
Wyleciały mi ze łba te najśmieszniejsze fragmenty gadaniny podczas bicia, ale to się nadrobi jutro. Albo dzisiaj wieczorem, jak będę miał ochotę ;). Wystarczy tylko wspomnieć, że po skończeniu farmienia i zejściu z gry nie minęło pięć minut, a mości Zobi pisze na gg, czy "gramy coś?". Nie ma to jak wyczucie czasu :D
Do następnego!
Zielony
Subskrybuj:
Posty (Atom)
